![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Proszę czekać, trwa ładowanie.... |
Geneza powstania Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Jeży NASZE JEŻE Zorganizowaliśmy się dla szczytnych celów: ratowania jeży. Wszystko, dzięki Jaśkowi!
Ranny jeż na drodze Nasza przygoda z jeżami rozpoczęła się dokładnie 26 września 2008 r. pod Białymstokiem. Otóż, tego dnia, późnym wieczorem, znaleźliśmy rannego młodego jeża, leżącego na poboczu polnej drogi. Jeż (wagi 600 G) leżał na boku i przeraźliwie wierzgał nóżkami. Lewa tylna łapka była we krwi i skaleczona w dwóch miejscach. Kiedy podeszliśmy do niego, jeżyk patrzył na nas przestraszonym wzrokiem błagającym o pomoc. Tego się nie da zapomnieć! Szybko zabraliśmy go do domu i pędem zawieźliśmy do najbliższego weterynarza. Lekarz zbadał, ale stwierdził, że aparat RTG nie pokaże drobnych kosteczek tylnej rannej łapki. Z niemałym trudem znaleźliśmy więc przychodnię lekarską dla ludzi, gdzie wieczorem po zamknięciu przyjęć pacjentów zrobiono RTG komputerowe i widać było wszystkie kosteczki. Okazało się, że w tylnej łapce są one silnie uszkodzone, ale jeż będzie żył.
Po miesiącu leczenia i pielęgnacji, zagoiły się rany całkowicie. Jeż miał się lepiej, chętnie zjadał karmę i przybywał nieco na wadze. Widzieliśmy jednak, że jeż ma problem z utrzymaniem równowagi. Wprawdzie, potrafił sam chodzić, ale co kilka jego kroków przewracał się na bok i sam potem nie mógł wstać. Zakupiłem więc surowe sosnowe deski i w garażu zrobiłem z nich kanały na szerokość nieco większą niż rozmiar jeża. W sumie zbudowałem ponad 30 m takich wąskich korytarzy krzyżujacych się ze sobą. Jeż był wyraźnie szczęśliwy! Chodził opierając się bokami o deski, ale już się nie przewracał. Żeby mu nie było nudno, po obu stronach desek w tych korytarzach zamocowałem wiele gałązek krzewów (tui, suchych liści i traw z pola), gdzie powstał taki mikrolasek z zapachami zieleni. Jeż nocami chodził i chodził, wąchał i wąchał, a nawet sypiał zwinięty pod liśćmi. Przez to, że chodził nieustannie całymi nocami, daliśmy mu imię Jasiek Wędrowniczek. Od tej chwili Jasiek stał się domownikiem i cały nasz dobowy rytm życia ustawiony był pod Jasieńka. Wieczorami wynosiliśmy go także na pół godziny do ogrodu na spacery. Jakże był zadowolony, gdy buszował w trawie i pomiedzy warzywami w ogródku! Musieliśmy go stale strzec, bo nadal się przewracał, ale tu już sam wstawał - zapierając się pazurkami o rośliny.
Jasiek się z nami tak zaprzyjaźnił, że kiedy wchodziłem wieczorem do domu, a był u żony akurat na rękach podczas ważenia, zaraz się wyrywał, stroszył charakterystycznie kolce na głowie, żebym go tylko wziął na ręce i przytulił. Kiedy układałem go na przedramieniu i gładziłem na bokach delikatną sierść, natychmiast zasypiał jak dziecko.
Leczenie Jaśka Po kilku tygodniach, kiedy wyglądało, że Jasiek będzie spokojnie żyć na wolności, , zaczęły się jednak problemy. Niczego nie podejrzewając, daliśmy się namówić weterynarzowi na serię zastrzyków, mających ponoć przywrócić Jaśkowi równowagę, bo stwierdził, że ma uraz psychiczny po potrąceniu przez auto. Woziliśmy Jaśka przez 7 dni na serię zastrzyków. Po nich Jasiek jednak przestał jeść i stale leciało mu z noska. Lekarz stwierdziła, że to wynik zarobaczenia i pasożytów we krwi. Znowu seria 6-ciu dni zastrzyków. Apetyt nadal nie wracał, a na nasze zapytania "co dalej?" weterynarz ... się poddała. Udaliśmy się zaraz do innego lekarza po pomoc. Nowa pani wykryła zapalenie płuc! Teraz Jasiek dostał przez 10 dni antybiotyk w zastrzykach. Potem już z noska nie leciało, ale Jasiek kompletnie stracił apetyt. Z trudem połykał cokolwiek podczas karmienia go strzykawką. Schudł do 450 G. Lekarz się konsultowała z jakimś specjalistą z W-wy i zaordynowała Jaśkowi serię 14 dni po 5 zastrzyków każdego dnia - na wzmocnienie i apetyt. Pierwszego dnia 5 razy kłuła biednego i przestraszonego jeża! Jasiek za każdym razem chciał się zwinąć w kuleczkę, ale patrzył mi w oczy pytająco! To było niesamowite wrażenie! Uspokajałem go głaszcząc i wtedy pozwalał się kłuć, mimo że przy każdym ukłuciu aż podskakiwał. Tego wzroku pełnego zaufania i takiej reakcji jeżyka się nie zapomina! Lekarze też byli pod wrażeniem.
Trafiamy na konsultantów Po kilku dniach zastrzyków nadal nie było poprawy. W internecie trafiliśmy na kontakt najpierw do Marty Żuk (która akurat była w Anglii), a od niej dostaliśmy nr telefonu do Andrzeja Kuziomskiego z Krakowa. Kiedy opisałem mu historię leczenia Jaśka, złapał się za głowę i zawyrokował, że to zapalenie płuc było wynikiem przechowywania przez lekarza strzykawki z lekiem w lodówce! Okazało się, że co jest dopuszczalne w leczeniu psów czy kotów, nie nadaje się dla jeży! Pan Andrzej zaznaczył, że w Polsce weterynarze nie uczą się o jeżach! Potem weterynarze to potwierdzili. Przeżyliśmy szok! Kuziomski poradził, żeby jeżowi podać inne leki w zastrzyku, co przekazaliśmy weterynarzowi i ten je podał. Niestety, żadnej poprawy nie było - Jasiek dalej nie jadł i chudł nam w oczach. Ostatnie dni Jaśka W styczniu nasz Jasiek zapadł w stan hibernacji. Spał spokojnie w swoim domku przez pełne dwa tygodnie i w tym czasie dyskretnie kontrolowaliśmy jego stan. Spał i powoli oddychał. Za namową Kuziomskiego kupiłem termometr termistorowy i miałem stały podgląd temperatury Jaśka oraz otoczenia. Nic nie zapowiadało tragedii - aż po trzech tygodniach - Jasiek przestał oddychać! Siedziałem nad nim przez ponad godzinę i z wlepionym wzrokiem czekałem z nadzieją na chociaż jeden oddech i ... niestety, nic! Czekaliśmy jeszcze tydzień - może się zbudzi? Temperatura ciała Jaśka i otoczenia się zrównała, nosek mu wysechł i cały zesztywniał - łapki też. Koniec zmagań o życie jeża! Jasiek odszedł z tego świata! W domu żałoba i przygnębienie!
Tworzymy Ośrodek Rehabilitacji Jeży w Krakowie Postanowiliśmy z żoną spłacić Jaśkowi dług. Dług, za brak wiedzy weterynarzy i za cywilizację, która zabija jeże. Przecież, gdyby auto nie potrąciło jeża, żyłby swoim jeżowym życiem. Postanowiliśmy pomóc Andrzejowi Kuziomskiemu z Krakowa, bo przekazał nam informację, iż od dwóch lat sam ratuje jeże i ma aktualnie ponad 20 jeży. Chcieliśmy, by dzięki naszej pomocy, mógł szerzej zajmować się ratowaniem jeży i najpierw wsparliśmy trzy razy finansowo, by opłacił zaległe miesiące niepłaconego czynszu w wynajmowanym domu, gdzie mieszka i przechowuje jeże, a potem zorganizowaliśmy darczyńcę, któy opłacił za import z Belgii specjalnego mleka w proszku dla noworodków z firmy Pet-Ag z USA. Ta pomoc okazała się kroplą wody w morzu potrzeb stale i wielokrotnie zgłaszanych przez Kuziomskiego. Dla nas stało się jasne, że sami nie możemy podołać w pomaganiu Kuziomskiemu (który określał się jako jedyny w kraju ratujący jeże) i postanowiliśmy, przede wszystkim zalegalizować jego działalność.
W kwietniu 2009 r. po kilku tygodniach naszych telefonicznych starań i wręcz nagabywań, uzyskaliśmy pozytywną opinię Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krakowie dla stworzenia ośrodka rehabilitacji jeży w Krakowie. Potem, po kilku kolejnych tygodniach naszego "wiszenia" na telefonie i rozmów z Kancelarią Prezydenta Krakowa, dostaliśmy pozytywną opinię na sesji Rady Miasta Krakowa. Kolejny krok, to Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Warszawie. Tu miałem bliżej i mogłem bezpośrednio kilka razy odwiedzić urząd. Przyznam, że nigdzie tak chętnie nie podjęto tematu ratowania jeży. W końcu, decyzją nr DOPozgiz-4202-9/557/09/ed z dnia 16.06.2009 r. Andrzej Kuziomski otrzymał zezwolenie na prowadzenie pierwszego w Polsce Ośrodka Rehabilitacji Jeży! Był to nasz pierwszy sukces i zalegalizowaliśmy działania Kuziomskiego. Zaczęły się lokalne wywiady w telewizji i radio Krakowa, Sensacja poszła w Polskę i ... właściwie na tym się skończyło.
Tworzymy stowarzyszenie Nie było wyjścia. Musieliśmy szybko zareagować i zmienić plan. Ogłosiłem w internecie potrzebę pomocy Kuziomskiemu oraz poszukiwania chętnych do założenia stowarzyszenia, by móc działać w sposób niezależny, ale formalny jako organizacja zajmująca się ochroną jeży. Zebraliśmy 17 osób chętnych do pomocy jeżom i w dniu 01.08.2009 r. odbyło się w Białymstoku zebranie założycielskie Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Jeży NASZE JEŻE. W dniu 03.09.2009 r. uzyskaliśmy rejestrację w Krajowym Rejestrze Sądowym. Od tej chwili przystąpiliśmy do szerokiego działania w zakresie ochrony jezy - zgodnie ze statutem. Od 20.10.2011 r uzyskaliśmy w KRS status Organizacji Pożytku Publicznego. Stale czekamy na dalszych członków chętnych do pomocy jeżom. Czekamy na ludzi, którzy widzą więcej niż czubek własnego nosa, czekamy na ludzi wrażliwych na środowisko, na ludzi pamiętających, że żyjemy na tym świecie tylko czasowo i warto być pożytecznym dla przyrody, a szczególnie dla jeży. Jeże żyją na Ziemi ponad 50 milionów lat i nie możemy pozwolić, by beztroska i rozwój cywilizacji, zniszczyły jeże! Skoro nasza cywilizacja niszczy środowisko, pomagajmy jeżom! Pomóżcie nam ratować jeże! Irena i Jerzy Zembrowscy, Białystok |