strona główna



geneza

cele

statut

władze

sprawozdania merytoryczne

sprawozdania finansowe

nasze działania

kalendarium

członkowie zwyczajni

członkowie wspierający

członkowie honorowi

zostań członkiem

zostań wolontariuszem

pomóż nam

nasi darczyńcy (265)

kontakt

poradnik

pogotowie jeżowe

ośrodki rehabilitacji (44)

polecamy lecznice

prawo o jeżach

jeżowa biblioteka

publikacje o jeżach

leczenie i rehabilitacja

nasze jeże

jeżowe historie

wyróżniamy !

nasze odpowiedzi

czy wiesz, że?

wyślij

czytaj

z kraju i ze świata

ogłoszenia !

współpraca

polecamy



Proszę czekać, trwa ładowanie....

jak powstała pierwsza w Polsce organizacja ratująca jeże:

Polskie Stowarzyszenie Ochrony Jeży NASZE JEŻE 

- wszystko, dzięki nieodżałowanemu jeżowi Jaśkowi!

 

Ranny jeż na drodze

Nasza przygoda z jeżami rozpoczęła się dokładnie 26 września 2008 r. pod Białymstokiem. Tego dnia, późnym wieczorem, znaleźliśmy rannego jeża - leżącego na poboczu polnej drogi w pobliżu naszego domu. Jeż ważący 600 G leżał na boku i mocno wierzgał nóżkami. Lewa tylna łapka była cała we krwi - ze zdartą skórą w dwóch miejscach. Kiedy przykucnęliśmy nad nim, jeżyk patrzył na nas przestraszonym wzrokiem błagającym o pomoc. Tego wrażenia się nie da zapomnieć! Musiał być tuż wcześniej potrącony przez auto lub motocykl, bo krew była świeża. 

 

Szybko zabraliśmy jeżyka do kartonu i pędem zawieźliśmy do najbliższego weterynarza. Lekarz zbadał, ale stwierdził, że jego aparat RTG nie pokaże wyraźnie tak drobnych kosteczek tylnej rannej łapki jeża i nie może przez to się podjąć opatrzenia łapki. Powiedział też, że nie ma możliwości przechowania jeża podczas leczenia i zalecił nam zabrać go do domu bez leczenia. Ręce nam opadły! Z niemałym trudem znaleźliśmy więc przychodnię lekarską dla ludzi, gdzie po zakończeniu pracy, lekarz zrobił zdjęcie RTG komputerowe i na zdjęciu widać było wszystkie kosteczki. Okazało się, że w rannej łapce nie ma złamania i jeż będzie żył.

 

Po czterech tygodniach leczenia ran według wskazań lekarza, rany na łapce zagoiły się całkowicie. Jeż miał się lepiej i chętnie sam zjadał mokrą karmę Whiskas Junior. Powoli przybierał na wadze. Miał jednak problem z utrzymaniem równowagi. Wprawdzie, potrafił sam chodzić, ale co kilka jego kroków przewracał się na bok i sam potem nie mógł już wstać. Zakupiliśmy więc surowe sosnowe deski i po wystawieniu auta z garażu, zbudowaliśmy z nich kanały na szerokość nieco większą niż rozmiar jeża. To był labirynt ponad 30 m takich korytarzy - także krzyżujacych się ze sobą. Na podłodze kanałów umieściliśmy twardą wykładzinę dywanową, żeby się nie ślizgał po płytkach i żeby od nich nie marzł w łapki. Jeż był wyraźnie szczęśliwy! Chodził teraz swobodnie - opierając się bokami o deski, ale już się nie przewracał. 

 

Żeby mu nie było smutno, po obu stronach desek w korytarzach zamocowaliśmy wiele gałązek tui, suchych liści i traw z pola. Powstał przez to taki mikrolasek z zapachami liści i traw. Część traw i liści leżała w korytarzach. Jeż całymi nocami chodził i chodził, wąchał i wąchał, a nawet sypiał zwinięty w kłębek pod liśćmi. Przez to, że chodził nieustannie całymi godzinami, nazwaliśmy go Jasiek Wędrowniczek.

 

Od tej chwili Jasiek stał się domownikiem i cały nasz dobowy rytm życia ustawiony był pod Jaśka. Wieczorami wynosiliśmy go także na pół godziny do ogrodu na spacery. Jakże był zadowolony, gdy buszował w trawie i pomiedzy warzywami w ogródku! Musieliśmy go stale strzec, bo nadal się przewracał i potem się męczył próbując wstawać - zapierając się pazurkami o rośliny. Czasami sam wstawał bez naszej pomocy, ale wyraźnie się przy tym męczył.

 

 Jasiek przy posiłku.

 Jasiek wędrujący w swoich kanałach.

 Jasiek opierający się lewym bokiem.

 Jasiek zainteresowany nowymi trawami.

 Jasiek na spacerze w ogrodzie.

 Jasiek przed ważeniem kontrolnym.

 Jasiek w drodze na spacer w ogrodzie.

 

Leczenie Jaśka

Po kilku kolejnych tygodniach rehabilitacji, kiedy wszystko wskazywało, że Jasiek wraca do zdrowia i będzie spokojnie żyć na wolności, zaczęły się jednak problemy. Nadal nie potrafił utrzymać równowagi i przewracał się na bok. Niczego nie podejrzewając, daliśmy się namówić weterynarzowi na serię zastrzyków mających ponoć przywrócić Jaśkowi równowagę, gdy lekarz stwierdził, że jeż ma uraz psychiczny po potrąceniu przez auto i da się to wyleczyć. Woziliśmy więc Jaśka codziennie przez 7 dni do lecznicy na zastrzyki, a dostawał ich po 4 za każdym razem! Po nich Jasiek jednak zupełnie stracił apetyt i nie chciał jeść nawet ze strzykawki. Ponadto, leciało mu z noska. Lekarz stwierdziła, że to wynik zarobaczenia i pasożytów we krwi. Znowu zaaplikowała 6 dni zastrzyków przeciw pasożytom. Apetyt jednak nie wracał i karmiliśmy Jaśka strzykawką choć z oporami. Na nasze pytanie "co dalej"? - weterynarz ... się poddała.

 

Udaliśmy się do innego weterynarza po pomoc. Nowa pani wykryła zapalenie płuc, jak stwierdziła - spowodowane podawaniem zimnych zastrzyków (przechowywanych przez lekarza w lodówce - co widzieliśmy). Teraz Jasiek dostawał przez 10 dni antybiotyk w zastrzyku. Potem już z noska nie leciało, ale Jasiek kompletnie nie chciał jeść. Z trudem połykał cokolwiek podczas karmienia go strzykawką. Schudł do 450 G. Przy nas lekarz konsultowała z jakimś specjalistą z SGGW i zaordynowała Jaśkowi nową serię na 14 dni po 5 zastrzyków każdego dnia - ponoć na wzmocnienie i apetyt. Pierwszego dnia 5 razy kłuła biednego i przestraszonego jeża! Jasiek za każdym razem chciał się zwinąć w kuleczkę, ale patrzył nam w oczy pytająco, więc go uspokajaliśmy.

To było niesamowite wrażenie! Uspokajaliśmy go tuląc do dłoni i wtedy Jasiek pozwalał się kłuć - mimo, że przy każdym ukłuciu aż podskakiwał. Tego wzroku pełnego zaufania i takiej reakcji jeżyka się nie zapomina! Lekarze też byli pod wrażeniem.

 

Trafiamy na doradców

Po kilku dniach zastrzyków nie było żadnej poprawy. Widzieliśmy bezradność weterynarzy i czuliśmy, że coś idzie nie tak jak trzeba - zwłaszcza, że ordynowano zastrzyki bez opamiętania, mimo iż przyczyn choroby przecież nie określono. Postanowiliśmy szukać pomocy.

 

W internecie trafiliśmy na kontakt najpierw do Marty Żuk, która pisała porady o jeżach. Akurat była w Anglii i wskazała Andrzeja Kuziomskiego z Krakowa, który miał się też znać na jeżach. Zaznaczył na wstępie, że w Polsce weterynarze nie uczą się o jeżach i poradził, żeby jeżowi podać zupełnie inne leki w zastrzyku. Przekazaliśmy te informacje weterynarz dotąd leczącej i je podawała przez kilka dni. Niestety, żadnej poprawy nie było. Jasiek dalej prawie nie jadł, a połykał tylko kilka mililitrów karmy zmielonej i chudł nam w oczach. Byliśmy w rozpaczy, ale uspakajano, że silny organizm Jaśka sam jakoś to przetrzyma i wróci do zdrowia. Teraz to już marzyliśmy, by chociaż wrócił mu apetyt, a z przewracaniem na boki damy radę. Będziemy ćwiczyć nóżkę i jakoś wróci do sprawności - zwłaszcza, że przewracał się trochę mniej, a nóżka coraz bardziej się zginała.

 

Ostatnie dni Jaśka

W styczniu 2009 r. Jasiek podczas suszenia po kąpieli, zasnął nam na rękach owinięty ręcznikiem, a przeniesiony potem do jego domku z pachnącym siankiem - spał dalej. Dowiedzieliśmy się, że to normalne zachowanie jeża zimą, mimo że w pomieszczeniu była temperatura pokojowa. Spał spokojnie przez pełne dwa tygodnie i w tym czasie dyskretnie kontrolowaliśmy jego stan. Spał i powoli oddychał. Za namową zamontowaliśmy w jego domku termometr termistorowy tuż pod nim i mieliśmy stały podgląd temperatury Jaśka oraz otoczenia. Temperatura Jaśka spadła do 9 oC a otoczenia obniżyliśmy stopniowo do 13 oC. Jasiek spał i nic nie zapowiadało tragedii. Zaglądaliśmy do Jaśka codziennie - oczywiście bardzo dyskretnie. Spał i oddychał. 

 

W połowie lutego Jasiek przestał oddychać! Najpierw sądziliśmy, że to tylko złudzenie. Siedzieliśmy nad nim przez ponad godzinę i z wlepionym wzrokiem czekaliśmy z nadzieją na chociaż jeden najmniejszy oddech i ... niestety, nic! Czekaliśmy jeszcze tydzień - może się zbudzi? Może chociaż raz nabierze powietrza? Temperatura ciała Jaśka i otoczenia się zrównały, nosek mu się skurczył i stwardniał. Całe ciało zesztywniało - łapki się wyprostowały i zrobiły twarde i sztywne. Koniec zmagań o życie jeża! Jasiek w śnie odszedł z tego świata! W domu żałoba i przygnębienie! Kanały Jaśka ze świeżym siankiem stały puste i już po nich nasz Wędrowniczek nie chodził. Byliśmy załamani i bezradni. Nasz Przyjaciel, który tak bardzo nam zaufał, nie żyje. Niby medycyna, niby leczenie, niby ktoś znający się na jeżach, a wszystko na nic. Ze łzami w oczach rozbieraliśmy te kanały.


Dzisiaj wiemy, że Jasiek zapadł na śpiączkę wywołaną zatruciem jego wątroby zbyt dużymi dawkami leków oraz podawaniem ich w okresie najgorszym dla jeża - przedhibernacyjnym. Wtedy o tym nie mieliśmy nawet bladego pojęcia. Zrobiliśmy co mogliśmy. Jasiek przestał żyć przez to, że ktoś bezmyślnie pędząc drogą go potrącił oraz przez niekompetencje leczących - niestety! 

 

Tworzymy Ośrodek Rehabilitacji Jeży w Krakowie

Postanowiliśmy spłacić Jaśkowi dług za brak wiedzy weterynarzy i za cywilizację, która zabija jeże. Przecież, gdyby auto nie potrąciło jeża, żyłby swoim jeżowym życiem. Postanowiliśmy pomóc Kuziomskiemu z Krakowa, bo przedstawił się nam jako samotnik od dwóch lat ratujący jeże i mający aktualnie ponad 20 jeży w opiece. Nie miał na to pieniędzy, bo nie pracuje zarobkowo. Wsparliśmy kilka razy finansowo na zaległe czynsze za wynajmowane mieszkanie, gdzie mieszka i przechowuje jeże. Potem znaleźliśmy darczyńcę w Belgii, który opłacił za przesyłkę z Belgii do Krakowa specjalnego mleka w proszku firmy Pet-Ag z USA dla noworodków jeżowych. Stało się jasne, że sami nie podołamy w pomaganiu Kuziomskiemu, który określał się jako jedyny ratujący jeże w Polsce.  Postanowiliśmy więc zalegalizować jego działalność.

 

W kwietniu 2009 r. po kilku tygodniach naszych telefonicznych starań uzyskaliśmy pozytywną opinię Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krakowie dla stworzenia ośrodka rehabilitacji jeży. Potem, po kilku tygodniach naszych rozmów z Kancelarią Prezydenta Krakowa, dostaliśmy pozytywną opinię Rady Miasta  Krakowa w tej sprawie. Kolejny krok, to kilka naszych wizyt i rozmów z Generalną Dyrekcją Ochrony Środowiska w Warszawie.  Tu mieliśmy łatwiej - nigdzie tak chętnie nie podjęto tematu ratowania jeży. Decyzją nr DOPozgiz-4202-9/557/09/ed z dnia 16.06.2009 r. Kuziomski otrzymał zezwolenie na prowadzenie pierwszego w Polsce Ośrodka Rehabilitacji Jeży. Był to nasz pierwszy sukces. Zaczęły się lokalne wywiady w telewizji i radio w Krakowie, Sensacja poszła w Polskę i ... zaległa cisza.

Zaraz okazało się, że banki odmówiły założenia konta dla ORJ, bo nie jest organizacją. Postanowiliśmy więc przekształcić ORJ w organizację. Opracowaliśmy statut ORJ, który chętnie i sprawnie od strony prawnej zweryfikowała i zatwierdziła GDOŚ. Pojawiły się kolejne problemy. Nie mogliśmy pozyskać członków do Rady Kontrolnej z Krakowa. Żaden urząd nie wyrażał zgody na oddelegowanie pracowników - z różnych formalnych względów. Sytuacja stała się patowa. Na tymczasem, wystaraliśmy się o 1000 zł wsparcia z RDOŚ w Krakowie dla Kuziomskiego - na pokrycie opłat dla lokalnej placówki weterynaryjnej.

 

Tworzymy stowarzyszenie

Nie było wyjścia. Musieliśmy szybko zareagować i zmienić plan. Ogłosiliśmy w internecie apel o pomoc i o chętnych do założenia stowarzyszenia ochrony jeży. Z poza Białegostoku nikt się nie zgłosił. Z trudem zebraliśmy więc 17 osób z naszego otoczenia do komitetu założycielskiego i w dniu 01.08.2009 r. odbyło się w Białymstoku zebranie założycielskie Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Jeży NASZE JEŻE. W dniu 03.09.2009 r. uzyskaliśmy rejestrację w Krajowym Rejestrze Sądowym. Od tej chwili przystąpiliśmy do szerokiego działania w zakresie czynnej ochrony jezy na terenie Polski - zgodnie ze statutem.

 

Stale czekamy na ludzi chętnych do pomocy lub chociaż wspierających nas składką członkowską. Czekamy na tych, którzy widzą więcej niż czubek własnego nosa, czekamy na wrażliwych na środowisko przyrodnicze, na pamiętających, że żyjemy na tym świecie tylko czasowo i warto być pożytecznym dla przyrody, a szczególnie dla jeży. Jeże żyją na Ziemi wiele milionów lat i nie możemy pozwolić, by beztroska i rozwój cywilizacji, zniszczyły jeże! Skoro nasza cywilizacja niszczy środowisko, pomagajmy jeżom!

 

Przyłączcie się do nas - ratujmy jeże!

                    

Irena i Jerzy Zembrowscy, grudzień 2009 r. Białystok

założyciele PSOJ NASZE JEŻE

 









powrót na stronę główną »
Wszystkie prawa zastrzeżone. Polskie Stowarzyszenie Ochrony Jeży NASZE JEŻE (od 03.09.2009 r.)
oprogramowanie choruzy.pl ©